PANIE I PANOWIE…

Dość długo trwało zanim znów mogliśmy napisać conieco na naszym sławetnym blogu, ale jako że ciepłe dni powracają w wielkim stylu, a w serca i umysły ponownie zaczynają wstępować najdziksze pomysły, musieliśmy wreszcie obmyslić kolejną przygodę… Po wielu nieprzespanych nocach, godzinach przeglądania starych zdjęć, ślęczenia nad mapami, a także po wielu pokretnych odpowiedziach udzielanych naszym Oddanym Fanom z dumą przedstawiamy nasz kolejny pomysł, który niebawem doczeka się realizacji. Dla odmiany będzie to…

EKSTREMALNIE SZYBKA ROWEROWA WYPRAWA Z KRAKOWA DO ATEN (tych w Grecji, nie na Suwalszczyźnie:)

 Usiana górami i niebezpieczeństwami trasa liczy około 1900 kilometrów (czyli w naszym wykonaniu nieco ponad 2000;). Po drodze znajduje się kilka ośrodków przemysłu alkoholowego, tak więc z pewnością nie będziemy wykazywali się wyłącznie chęcią bicia kolejnych rekordów na kolejnych serpentynach. Tak czy inaczej, trzeba się będzie sprężać, albowiem nasza wyprawa będzie odbywać się wyłącznie w dniach 27 lipca- 12 sierpnia tegoż roku, kiedy to w Londynie w najlepsze będą trwały igrzyska olimpijskie.

Wkrótce przedstawimy uczestników naszej wyprawy, natomiast już w tym momencie rozpoczynamy starania o sponsorów, może i jakiś patronów medialnych itp itd. Gdyby któreś z Was, nasi Drodzy Czytelnicy, słyszało o tego typu opcjach, prosimy pisać na adres mailowy fabrykaprzygod@wp.pl.

Do rychłego następnego! Hej!

Obrazek

Reklamy

PODZIĘKOWANIA

Coż napisać na zakończenie tej najlepszej w życiu melodii… Od rozpoczęcia naszej nieziemskiej wyprawy minął już ponad miesiąc. W tym czasie zdążyliśmy cali i zdrowi wrócić do domu, choć jedynie Staszkowi udało się to przy użyciu zamierzonego środka transportu;) Kto obiecał trzasnąć trzy tysiące kilometrów na rolkach- zrobił to. Kto miał dotrzeć do Krakowa na czas- dojechał. Kto zaprzysiągł sobie, że pomknie z Portugalii do Polski na rowerze- dotrzymał podjętego wobec samego siebie zobowiązania. Gdy spojrzymy na nasze bohaterskie czyny nawet z perspektywy kilku dni, zdaje się nam to jak jaka baśń z pradawnych czasów, którą będziemy wnukom opowiadać na dobranoc, chociaż sami nie będziemy mieli pewności, czy miała ona miejsce… Czasy się zmienią, światło przed mrokiem ustąpi i vice versa, a wspomnienia tego co się stało wciąż będą tlić się w ludzkiej pamięci niczym ziarno, zasiane przez najodważniejszych na polu chwały…

Tyle tytułem patetycznego wstępu, a teraz do rzeczy. Coż, nie daliśmy rady… Planowana przez nas trasa miała długosć nieco ponad 3000 kilometrów (i tyle Artur był w stanie pokonać na rolkach w miesiąc). Jednak życie, topografia, klimat na Półwyspie Iberyjskimi, kropla alkoholu, lekka nuta wczasów i bezpieczniejsze dla nas EuroVelo wydłużyły ten dystans o ponad 700 kilometrów, a tego już na rolkach nie dało się nadrobić… Nasz sukces uważamy więc za połowiczny. Może i moglibyśmy trzasnąć nieco większy dystans, oznaczałoby to jednak mordowanie naszych ciał i umysłów, no i brak jakichkolwiek wspomnień na temat naszej wycieczki, może z wyjątkiem tych powodujących nocne moczenia, ilekroć przypomniałaby się nam Portugalia;)

Już niemal kończymy pisanie tego bloga, być może ukażą się jeszcze, w ramach epilogu, jakieś małe wpisiki. Coż, nie ma co ględzić i czas na małe podziękowania…

W pierwszej kolejności dziękujemy naszym sponsorom i patronom medialnym, którzy zapewnili nam niezbędny sprzęt i sprawili, że przez krótką chwilę otarliśmy się o sławę. Tak więc wielkie dzięki dla firmy Knog– za dostarczenie nam profesjonalnego oświetlenia, Zico Racing– za garść skarbów, bez których rolki Artura rozpadłyby się w proch i w pył, firmie Decathlon za koszulki termoaktywne, polary, no i spodnie, w których nawet spaliśmy przez ten pamiętny miesiąc, a mimo to nic a nic nie potargały się na dupie, firmie Naked Monster za wylansowane koszulki, które zawsze zakładaliśmy na najlepsze okazje, zaprzyjaźnionemu sklepowi internetowemu Z Plecakiem, Radia Bielsko, które trąbiło o nas przez okrągły tydzień, Dziennika Zachodniego, który napisał o nas sławetny artykuł pod szałowym tytułem „Rany, ale jazda” (to określenie już na stałe weszło do naszego języka;), stronie internetowej fotowyprawy.com (gdzie wkrótce ukaże się fotoreporaż z naszej podróży oraz wywiad z naszą charakterną ekipą) a także portalowi narolkach.pl, który miał kopiować sobie relacje z naszego bloga, ale chyba wolał skończyć już po czwartym dniu:)

Ogromne podziękowania składamy wszystkim, którzy ratowali nam dupy w krytycznych momentach naszej wycieczki: Tomkowi z Bordeaux za wikt i opierunek, kierowcom TIRów: Ryśkowi, Młodemu i Januszowi za uratowanie życia Lecha, Maćkowi Nosalowi, Pat&Mat za zaaranżowanie naszej francuskiej gościny… Wielkie dzięki dla każdego kierowcy który nie zabił nas na drogach publicznych całej Europy, wyrazy wdzięczności dla policji, która interweniowała tylko trzy razy, a powinna była gnębić nas od rana do nocy;) Ogromne dzięki dla bezosobowej sieci restauracji McDonalds za mimowolne udostępnianie nam łazienek i bezprzewodowego internetu (tylko dzięki temu mogliśmy pisać tego bloga), właścicieli wszystkich krzorów za którymi spalismy oraz Pana Ze Strzelbą, który postanowił nas wymordować za biwakowanie na jego polu.

Podrawiamy również wszystkich, którzy dali się okraść z jabłek, gruszek, kukurydzy, kasztanów jadalnych oraz brzoskwiń, no i oczywiśie duży sklep sportowy na D, w którym Artur zdobył klocki hamulowe do swoich rolek. Dostawaliśmy sygnały, że nie powinniśmy niczego kraść, jednak czasami było to niezbędne, aby osiągnąć zamierzony przez nas cel. Niekiedy zaś łakomstwo i ciekawość brały górę… Tak czy inaczej, nigdy nie rabowaliśmy wszystkiego doszczętnie, a po prostu rekwirowaliśmy co trzeba z wielkich upraw. Nikt na tym nie ucierpiał, tak więc nie mamy jakichkolwiek wyrzutów sumienia ani niczego choć trochę w tym stylu;)

Dziekujemy, a nawet gratulujemy bliskim i przyjaciołom, którym udało się nie poumierać na zawał, no i oczywiście wszystkim naszym Czytelnikom oraz Fejsbukowym Fanom. Fajnie, że śledziliście nasze niecne poczynania. Świadomość faktu, że ktoś codziennie czeka na wieści od nas sprawiała, że jechało się jeszcze lepiej, i że chciało się, mimo ciągłego wymęcznenia, wyciągać laptopa z sakwy i po nocach, tudzież kawiarniach, rozmyślać o tym wszystkim, robić odpowiednie zdjęcia i myśleć o zabawieniu Was słowem pisanym. Staraliśmy się dla was pisywać w miarę regularnie, różnie z tym było, niemniej jednak niemal codziennie mieliście coś do poczytania o naszej przygodzie, mniej lub bardziej interesującego;)

Tych naprawdę zainteresowanych informujemy, że 3 października tegoż roku, w bielskim klubie Grawitacja, o godzinie 20.00, w ramach cotygodniowych spotkań podróżników (które bardzo sobie cenimy i które natchnęły nas do podjęcia naszej szalonej wycieczki), odbędzie się pokaz zdjęć i morska opowieść o naszej podróży. Będziecie mieli okazję złożyć nam hołd lenny i postawić parę piwek. Dodamy jeszcze, że Lechu, jako autor tego bloga, PODAJE SIĘ DO DYMISJI i od tej pory, o ile chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o kulisach naszej wyprawy, powinniście odwiedzać założoną i prowadzoną przez Artura stronę fabrykaprzygod.com.

To tyle, na ten rok przynajmniej. W tym momencie Lechu zamyka laptopa i wszyscy powracamy do normalnego życia. Niebawem zapewne znów będzie o nas głośno;)

Jeszcze raz dziękujemy za uwagę!

Artur, Lech i Staszek.

The End

WRESZCIE JEST- OSTATNIA RELACJA!!!

Bardzo przepraszamy za krótką przerwę, ale, jak wspominaliśmy, ciężko było się pozbierać do kupy po powrocie. Jednak, jesteśmy już po piwku na spotkaniu podróżników w bielskim klubie Grawitacja, pozbieralismy nasze wrażenia i relacje do kupy i wreszcie możemy zamieścić wpis o naszych solowych przygodach, które jedna po drugiej wiodły nas coraz bliżej naszych domów. Tak więc… zaczynamy (jak zwykle w kolejności alfabetycznej):

Artur: niestety, poszukiwania towarzysza podróży spełzły na niczym, wobec czego nasz natchniony ambicją rolkarz przez trzy ostatnie dni jechał samotnie… W ten sposób udało mu się pokonać obiecywane sobie 3000km w ciągu miesiąca. Jednego razu zdobył się nawet na heroiczny wysiłek jechania bez uprzedniego wypicia kawy. W akcie desperacji chciał nawet iść 12km polną drogą, byle tylko osiągnąć miejsce, w którym serwuje się ten niebiański napój. Niestety, jako że jedynym normalnym obuwiem Arura były kupione w Bordeaux japonki, ze spacerku wyszył nici:). Jedną z nocy spędził w ambonie dla myśliwych, która okazała się jednak zbyt małą i do tego przeciekającą… Coż, takie życie… 3000 klometrów wypadły pod Neuburgiem nad Dunajem… Uniesiony honorem Artur postanowił jeszcze strzelić serpentynkę o niespotykanym nachyleniu 20%…

…po czym rozpoczął autostopową podróż do domu, bez większych przygód, no może z wyjątkiem napotkania w Czechach tajemniczego sapiącego zwierza, który nie dawał zasnąć przez całą noc;) Zajęło mu to dwa dni i 17 września stawił się w domu.

Lech: odłączył się od Artura w miejscowości Stockach  w południowych Niemczech. Dla odmiany postanowił wroćić na stopa z rowerem, tak aby zdążyć na zawody rowerowe w Krakowie i Zakopanym. Szybko okazało się to fatalnym pomysłem, którego nie polecamy nawet najgorszym wrogom… Po początkowych sukcesach na dwa dni utknął na stacji benzynowej przy autostradzie, bez pieniędzy i mapy… W tym czasie głodował, spał przy budce za restauracją, odpierał ataki kleszczy i dogadywał się z kierowcami TIRów. W końcu niejaki Janusz podwiózł go pod Kraków i 16 września o godzinie 5.48 nad ranem, Lechu, oszalały ze szczęścia, zameldował się na krakowskim Rynku. Na zdjęciu autor tego bloga zaraz po złapaniu pierwszego stopa, gdy myślał jeszcze, że powrót do Polski jest być może kwestią kilku najbliższych godzin;) Jak wspominaliśmy, życie znacząco zweryfikowało te plany…

Zawody rowerowe przyniosły widowiskowy upadek z roweru w Zakopanym, za sprawą którego Lechu, że tak delikatnie to ujmiemy, ostatecznie zamknął czołówkę zawodników;) Powrót na rowerze z Zakopanego do Krakowa, a następnie z Krakowa do Bujakowa, sprawił że łączny przebieg Lecha zamknał się liczbą 2997 kilometrów. Czyli szału nie ma;)

Staszek: ten człowiek-rekreacja dał radę dotrzeć do Polski na rowerze. Prowadził życie grzecznego cyklisty, a mimo to po drodze został potrącony przez Kochaną Panią Niemkę Wyjeżdżającą Ze Sklepu (pozdrawiamy!) W wyniku starcia wylansowane BMW doznało uszkodzenia błotnika, natomiast rower uległ cudownemu uzdrowieniu i w końcu przestał skrzypieć. Staszek miał nieziemskie szczęście i dla niego cała przygoda skończyła się na obtarciach łokci i kolan. Nasz bohater dał również radę odeprzeć atak czeskiej policji, używając naszego uniwersalnego w takiej sytuacji słowa, a mianowicie: „yyyłłłyyyy?”. Polecamy wszystkim, za granicą to naprawdę działa i pozwala uniknąć wielu kłopotów;)

Generalnie, w ciągu sześciu dni Stachu pokonał około 1000 kilometrów na rowerze, byle tylko wrócić do domu. Jak zawsze spał po krzorach, za wyjątkiem jednej nocy, kiedy postanowił skorzytać z przystanku autobusowego, udekorowanego we wzory ludowe. Cóż, takiej okazji po prostu nie można było przepuścić;) Postanowiliśmy raczej unikać wulgaryzmów, ale po prostu trzeba powiedzieć, że Staszek napierdalał jak szalony, prosto przed siebie i w stronę domu. Zjechał z górki o nachyleniu ponad 15%, dla urozamicenia pozbawionej asfaltu i dokonał wielu innych niewiarygodnych osiągnięć, żywiąc się przy tym gruszkami i jabłkami. Odnosimy wrażenie, że te wspaniałe owoce zostały stworzone specjalnie dla kompletnych bankrutów, jakimi bylismy w ostatnich dniach naszej wiekompomnej przygody;) Ostatniego dnia Staszek przejechał ponad 230 kilometrów (mimo iż po drodze zniszczył swojego GPSa;) i 17 września o godzinie 1.00 w nocy, po 33 dniach wędrowania, stawił się w domu. W sumie strzaskał ponad 3700 kilometrów…

A oto najbardziej wytrwały z nas wszystkich w historycznym momencie przekraczania granicy naszego pięknego kraju:

W ten oto sposób zakończył się najbardziej chyba szalony miesiąc w życiu każdego z naszej Wielkiej Trójki, a i pisanie tego bloga powoli dobiega końca… Najwyższa pora na porządny prysznic, ciepłe kapcie i kolację w domu. To już prawie wszystko od nas… W tym roku oczywiście:P

TYTUŁEM WYTŁUMACZENIA

Nasi drodzy Czytelnicy!

Wybaczcie ten uciążliwy brak wpisów w jakże krytycznym dla wyprawy momencie, kiedy powoli powracamy w domowe pielesze. Niestety, jesteśmy porozrzucani po całej Europie… Artur jest właściwie niewiadomo gdzie, Lech pisze te słowa skrzydlate z Krakowa, a Staszek ciśnie gdzieś po Czechach… Gdy tylko zbierzemy się do kupy (a nastapi to w poniedzialek na spotkaniu podróżników w Klubie Grawitacja), pozbieramy nasze wrażenia i napiszemy, jak zwykle specjalnie dla Was, w zasadzie to przedostatniego solidnego wpisiora. Trzymajcie za nas kciuki i, że się tak wyrazimy, do niebawem;)

DZIEŃ DWUDZIESTY SZÓSTY- POŻEGNANIE STASZKA I NIC SIĘ NIE DZIANIE NA DRAŃSKICH SZUTRACH

 

Jeszcze nad rankiem budziliśmy się w krzorach w sile trzech osób. Zjedliśmy pożegnalne śniadanie (jajecznicę, wyobraźcie sobie;), a Artur nawciskał Staszkowi zbędne rzeczy do sakw, coby mu się lepiej jechało. Niby udawał, że były to cenne, acz zbyt ciężkie drobiazgi, lecz tak naprawdę zwyczajnie pozbył się brudnych i śmierdzących ciuchów:D

Następnie odbyliśmy ze Staszkiem ostatnią przejażdżkę do najbliższego McDonalda, gdzie opublikowalismy wpis o tuningowaniu rolek, po czym… No cóż, w pewnym momencie Staszek po prostu wstał i powiedział nam „na razie”, po czym wyruszył w drogę… I od tej pory występujemy już właściwie w sile dwóch osób…

No więc jechaliśmy sobie zasmuceni tym faktem, a po drodze cały czas napotykaliśmy szutry i inne cholerstwa, które poważnie utrudniały Arturowi jazdę, aż w końcu zgłodnieliśmy. I coż można o tym powiedzieć- chyba tylko tyle, że jesteśmy po prostu kretynami, którzy czwarty raz z rzędu trafili w pułapkę głodnej niedzieli. Wszystkie supermarkety pozamykane, w sakwach nędzne okruszki… Pozostało nam zbieranie jabłek i gruszek, no i woda z fontanny. Początkowo zabraliśmy ją tylko po to, żeby polewać nią sobie głowy w upale, szybko jednak okazała się pitną:) W razie czego, zawsze mamy w apteczce tabletki na sraczki i tym podobne utrapienia;) Brak sklepów w pewnym momencie odbił się nam poważną czkawką- zabrakło nam mapy, a oczywiście nowej nie mieliśmy gdzie kupić. Tak więc nasze dupy ratowała tylko karteczka z nazwami miejscowości przez które mieliśmy przejeżdżać, wynotowana w czasie jednej z naszych sesji internetowych (oczywiście w „zaprzyjaźnionym” McDonaldzie)

Jadąc, opracowaliśmy iście boski plan: mieliśmy wykąpać się w Renie, następnie przejechać wspaniałym niemieckim asfaltem wprost na z góry upatrzoną stację benzynową i tam zaopatrzyć się w jedzenie. Niestety, obecnosc policji w strategicznym miejscu zniweczyła nasze zamiary. Z planów ostała się jedynie kąpiel w zimnym Renie.

Przez diableskie szutry do końca dnia ujechaliśmy tylko 80 kilometrów, tym bardziej, że kilkakrotnie zgubiliśmy szlak rowerowy, a niemieccy kierowcy są szczególnie uczuleni na rolkarzy na drodze;) Każdy jeździ drogim samochodem, lecz fantazji nie mają za grosz…

W końcu napotkaliśmy na swojej drodze stację benzynową, na której w zasadzie dało się zaopatrzyć tylko w piwko. Skorzystaliśmy z tej możliwości, ujechaliśmy ze dwa kilometry i znaleźliśmy krzaka-cud, za którym postanowiliśmy spędzić noc. Ta sielanka nie trwała jednak zbyt długo- ledwo ułożyliśmy się na karimatkach, a już zaczął padać ulewny deszcz. W ten oto sposób znaleźlismy się pod daszkiem spermarketu. Dzięki temu zyskaliśmy chwilę na stworzenie tej relacji. Na nasze nieszczęście, pogoda sprawiła, że powrót w krzaczory był wykluczony i musieliśmy spać pod supermarketem, właściwie w centrum miasteczka Tangen (czy jakoś tak) Wszystko ilustruje zdjęcie zrobione o poranku:


I w ten oto sposób naszą uroczą aparycją i zachowaniem zburzylismy, budowany przez dziesięciolecia,  drobnomieszczański porządek panujący w małych niemieckich mieścinkach, po czym wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Niestety, jest to już ostatni dzień naszej wspólnej wędrówki, ponieważ jutro Lechu rozpoczyna autostopową podróż (z rowerem, oczywiście;) z Niemiec do Krakowa. Mamy tylko nadzieję, że 5 euro wystarczy na drogę;) Artur natomiast przez jeden dzień będzie zmuszony jechać samotnie, a w tym czasie dojedzie do niego tajemnicy towarzysz podróży, którego przedstawimy już wkrótce…

UJAWNIAMY NAJSEKRETNIEJSZE SEKRETY SUKCESU!!!

Pewnie każdy rolkarz zastawia się po nocach, jak też mogą wygladać „wywrotki” człowieka, który postanowił rzucić na kolana całą Europę. Postanowiliśmy uchylić rąbka tajemnicy i publikujemy do tej pory utajnioną specyfikację legendarnego sprzętu Artura.

Oto rolki Rollerblade Crossfire XT90. Początkowo używano modelu fabrycznego, wprowadzono jednak kilka ulepszeń i w ten sposób powstała ich nowa wersja- Adventure. Przed wami omawiane cudo:

Przede wszystkim fabryczne kółeczka zostały wymienione na Am Wing Jets o średnicy 90mm. Jest to najtwardsza z dostępnych wersji, przynajmniej jeżeli chodzi o tego producenta. Łożyska zostały wymienione na cudeńka marki Schankel Racing. Wszystko to (jak również parę innych szmerów bajerów) zostało ufundowane przez firmę Zico Racing (jeszcze raz dziękujemy za wsparcie!!!).

Hamulec: Profesjonaliści zalecają hamowanie slalomem. Na drodze publicznej (pełnej TIRów) skończyłoby się to w worku na zwłoki, dostarczonym przez lokalną służbę zdrowia. Artur postanowił więc używać hamulca. Jeden srogi, nieraz wielokilometrowy, zjazd o nachyleniu 10-15%, a wiele takich spotkalismy na naszej drodze, wystarczy by zużyć tyle klocków hamulcowych (do tej pory poszło już 10 sztuk), ile przeciętny rolkarz zużywa w ciągu całego sezonu. Dlatego Artur zawsze wkłada kamyczek w mocowanie klocka. Znacznie spowalnia to jego zużycie, dzięki czemu możemy dalej jechać nie przeżywając po drodze wspominanych już przygód. Jeden jedyny raz wkręcilismy w miejsce kamyczka wielką śrubę (16mm średnicy), ta jednak nagrzewa się zbyt szybko i hamulec dosłownie dymi się i śmierdzi, a na koniec trzeba polewać go wodą:)

Oświetlenie: W lewą rolkę została wmontowana, podarowana nam przez firmę Knog, lampka Boomer Wearable. Właściwie to dwie lampki, jednak jedna została zgubiona gdzieś w Portugalii:)

Wiązania: pianki, które zapewniały Arturowi względny komfort, po około 2000km uległy totalnemu rozpadowi. Sama ulica dostarczyła rozwiązania tego problemu, a są nim dwa solidne kawałki stylowego niebieskiego styropianu:D Wszystko ilustruje załączone zdjęcie:

Do tego należy dodać, że rolki w wersji Adventure muszą, ale to muszą, nieziemsko śmierdzieć, każda sznurówka musi być ze dwa razy urwana i powiązana, no i koniecznie wszystkie muszą być w różnych kolorach.

Jak widać, samo życie dyktuje najlepsze rozwiązania napotkanych po drodze problemów:)

To tyle, zachęcamy wszystkich rolkarzy do dokonywania podobnych ulepszeń we własnym zakresie. W razie czego, Artur służy radą, a być może nawet i pomocą. Wystarczy napisać miłego maila na adres fabrykaprzygod@wp.pl.

OSTATNI DZICY LUDZIE EUROPY

Jako, że nasza wspólna przygoda powoli dobiega końca (jutro z rana opuszcza nas Staszek…), wypada napisać jak spisywaliśmy się na trasie jako niezawodna drużyna, która pokonała razem ponad 2500km, czym się każdy  zajmował lub zajmuje po drodze i tym podobne… Przedstawimy się więc jeszcze raz, zanim zgolimy nasze brudne brody, spalimy ubrania i położymy się spać w łożkach.Zacznijmy więc, w kolejności alfabetycznej…

Artur: chłop na schwał, nawet nie potraficie sobie wyobrazić jaki wysiłek przyjmuje na gołą klatę każdego dnia. Po prostu maszyna do rolkowania. Wróżono mu góra 40km dziennie, i to z profesjonalnym zapleczem. Kilkoma kompletami rolek, kółek na różne nawierzchnie, samochodem jadącym koło niego, pod warunkiem że będzie przestrzegał specjalnej diety itp itd. Kosztowałoby to conajmniej kilkadziesiat tysięcy złotych. Tymczasem ten człowiek wstaje rano (niejednokrotnie skacowany;), zakłada rolki, przejeżdża ze 30km, zjada śniadanie pod supermarketem, chwyta małe pićko w dłoń i napierdziela cały dzień, robiąc krótkie przerwy co jakieś 20km. I w ten sposób nieraz ponad 100km dziennie. Tego chyba nie spodziewał się nikt. Wieczorem wskakuje w krzaki, zjada skromny obiad, popija winko i koresponduje SMSowo ze swoją dziewczyną, znajduje czas na żarty i żarciki i idzie spać. Słowem- gigant. Jeszcze pewnie nieraz o nim usłyszymy:)

Lech: kolarz upadły. Gdyby nie to, że wypala około 20 papierosów dziennie, byłby pewnie całkiem niezłym rowerzystą;) Zazwyczaj śmiga gdzieś przed całą ekipą, marząc nie wiadomo do końca o czym, opala się w rowie, robi zdjęcia przejechanym zwierzętom, zupełnie ignorując widoczki i inne walory turystyczne okolicy. Zjada 4 tabliczki czekolady dziennie, do tego około pól kilograma sera pleśniowego i jeszcze parę innych cegieł:) Podkrada cukier w McDonaldzie i generalnie śni mu się świat bez wad. Autor większości zdjęć i każdego słowa na tym oto blogu, architekt sławy całej naszej bandy. Tęskni za Krakowem, do którego wprowadza się już na dniach. No i od razu zacznie planować kolejną wyprawę. Pewne pomysły już są, informacje wkrótce:)

Najrozsądniejszy człowiek w naszej niedomytej bandzie:) Bez przerwy planuje trasę, ratuje wszystkim życie przy użyciu GPSa, ma mapy i generalnie łeb na karku. Gdyby nie on, na śmierć zagubilibysmy się już w Portugalii;) Złodziej prądu, wszędzie znajdzie wtyczkę by podładować swój telefon ze zbawienną nawigacją. Postanowił za wszelką cenę dotrzeć do Polski na 18 września, wkrótce więc pokaże światu, że ma łydę ze stali. Potrafi nieźle nastraszyć niewinnego człowieka, o czym przekonała się pewna pani na Cabo da Roca, gdy niemal potknęła się o niego, śpiącego w krzakach:D Wiała gdzie pieprz rośnie, mimo że nie byliśmy jeszcze tak bardo zdziczali:) Jak pisaliśmy, od jutra daje czadu sam. Dostanie hasło do bloga, więc czasami pewnie coś napisze albo wrzuci jakieś zdjęcia.

To tyle od nas jako ekipy trzyosobowej. Od jutra rana Artur i Lech radzą sobie sami, a od wtorku Artur będzie jechał już tylko w pojedynkę. Zapraszamy do dalszego czytania, najciekawsze rzeczy dopiero przed nami:)

PS. Zdjęcia przedstawiają stan na dzień dzisiejszy:)

DZIEŃ DWUDZIESTY PIĄTY- TUNEL CZASOPRZESTRZENNY NA PROSTYM ODCINKU DROGI

Dwudziesty piąty dzień wycieczki pozostanie w naszej pamięci ze wzlędu na tajemnicze zdarzenie, do jakiego doszło około drugiej po południu. Jak zwykle o tej porze Artur ze Staszkiem pozostawali nieco w tyle, a Lechu jechał jakieś 500 metrów przed nimi, rozmyslając o niebieskich migdałach. I w tym momencie zaczyna się historia godna „Z archiwum X”…

Lechu wjechał do małego miasteczka i postanowił poczekać na resztę. Jednak nikt nie nadjeżdżał. Jeden papieros, drugi papieros… Nic. Zagadanie do przejeżdżających rowerzystów na niewiele się zdało- nikt nie widział podróżujących razem Artura i Staszka. Pozostało się wrócić, jednak i to nie pomogło… Pojechanie naprzód i poszukiwania reszty ekipy w nieco większym miasteczku spełzły na niczym… Aż tu nagle…

Lechu odebrał SMSa od Artura ponaglającego go do dalszej jazdy. Okazało się, że między Lechem a resztą bandy jest około 9 km różnicy. Na dodatek Lechu pojechał na spotkanie z Arturem i Staszkiem w złą stronę, myśląc że wszyscy spotkamy się na śluzie! Coż, pozostało tylko mozolne nadganianie w ponad trzydziestostopniowym upale…

Szczegółowe okoliczności niezauważonego wyprzedzenia Lecha przez Artura i Staszka na prostej drodze, bez jakichkolwiek skrzyżowań,  najprawdopodobniej nigdy nie zostaną wyjaśnione… No chyba że macie jakieś hipotezy, które pomogą rozwiązać tą zagadkę;)

POSTANOWIENIE O ROZPADZIE DRUŻYNY

Jak wspominaliśmy, dojechanie do Bielska-Białej przed północa 15 września jest rzeczą nierealną. Jako że nie jesteśmy jedną osobą i każdy z nas jest ulepiony z nieco innej gliny (choć bez wątpienia wszyscy czujemy ten sam dziki zew, który pchnął nas ku tej wyprawie:), zebralismy się któregoś wieczora do kupy i, jako walne zebranie awanturników rowerowo-rokarskich, postanowiliśmy, że:

1. Staszek, jako chłopak ambitny, opuści naszą bandę mniej więcej 11 września, by samotnie pociskać grubo ponad sto kilometrów dziennie, byle tylko dotrzeć do Polski przed 18 września, kiedy to musi się stawić w pracy.
2. Lechu, wobec wspomnianych okoliczności, odłączy się od Artura 13 września, i ustawionym tirem, ewentualnie na stopa, dotrze do Krakowa na 15 września, by wreszcie spotkać swoich przyjaciół oraz wystartować w kurierskich zawodach rowerowych Highwayman Alleycat III. Następnie wynajmie mieszkanie w Krakowie i nawiąże stosunek pracy, co umożliwi mu częstsze przebywanie z ludźmi, na których tak bardzo mu zależy i generalnie podstabilizuje jego burzliwe życie.
3. Artur, jako najambitniejszy z nas wszystkich, postanowił dotrzeć do Bielska-Białej w nieco późniejszym terminie. W ten sposób dopnie swego i stanie się legendą rolkarstwa. O ile rolki i zdrowie będą nadal dopisywały, oczywiście. By osiągnąć swój cel, potrzebuje towarzysza podróży, który powiezie część jego sprzętu i zapewni generalne wsparcie. Poszukiwania trwają i z pewnością zakończą się sukcesem… Przyszły towarzysz Artura stanie się pełnoprawnym bohaterem naszej wyprawy i spłynie na niego proporcjonalna część chwały. Jego imię już na zawsze pozostanie zapisane złotymi zgłoskami w podróżniczych annałach.

Każdy czytelnik, a w szczególności nasi fejsbukowi fani, mają prawo złożenia odwołania od wyżej wymienionych decyzji. Wszystkie zażalenia zostaną rozpatrzone odmownie przy naszym następnym podłączeniu się do internetu, czyli najprawdopodobniej w ciągu 24-48 godzin od momentu publikacji niniejszego obwieszczenia. Potanowienia wchodzą w życie w momencie ich publikacji na stronie http://www.fabrykaprzygod.wordpress.com.

Podpisano: Artur, Lech, Staszek

DNI DWUDZIESTY DRUGI, TRZECI I CZWARTY- SMRÓD NA EUROVELO

Dwudziestego drugiego dnia nie wydarzyło się właściwie nic godnego wspomnienia, z wyjątkiem odkrycia wymarzonego miejsca na nocleg- gigantycznej altanki z prądem i bieżącą wodą. Dzięki temu nasze elektroniczne bajerasy osiągnęły poziom energetycznej nirvany, co umożliwia nam na przykład napisanie tego oto wpisu:) Nad ranem moglismy nawet zrobić zdjęcie naszego wspaniałego przybytku:

Jakby tego było mało, tuż za naszym skromnym schronieniem udało się nam znaleźć rowerową superautostradę EuroVelo numer 6, którą będziemy się poruszali jeszcze bardzo, bardzo długo. Więcej nam do szczęścia nie było potrzeba i do południa pyknęlismy jakieś 40 kilometrów. Później oczywiście rozpoczął się pierwszy akt dramatu pod tytułem „Szukamy jedzenia”. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że znów będziemy mieli problem ze znalezieniem jakiegokolwiek sklepu…

Nie myliliśmy się, gdy tylko dotarliśmy do jakiegoś supermarketu okazało się, że właśnie rozpoczęła się bliżej nieuzasadniona, dwugodzinna przerwa w jego funkcjonowaniu. Poirytowaliśmy się bardzo, ponieważ oznaczało to, że pojedziemy w dalszą drogę bez jakiejkolwiek gwarancji znalezienia sklepu spożywczego. A takie akcje już się nam zdarzały. Coż, po prostu śmignęliśmy dalej.

Ponieważ Staszek bez przerwy kombinuje jak by tu skrócić drogę, opuściliśmy nasze ukochane EuroVelo i zmasakrowaliśmy się na straszliwym francuskim asfalcie, po czym skruszeni wróciliśmy na szlak rowerowy:)

Tam życie płynęło sielankowo, nagrywaliśmy nawet filmik o naszych trickach, których nauczyliśmy się na trasie. Wkrótce będziecie mieli okazję go obejrzeć:) Niestety, tak zaangażowaliśmy się we własne gwiazdorstwo, że przeoczyliśmy strzałkę EuroVelo, a to oznaczało zagubienie się na wsi francuskiej… No i to był koniec idylli, uruchomiliśmy GPSa, aby wjechać na drogę śmierci z szalejącymi TIRami i jechaliśmy nią aż do nocy, a nasze jestestwa oświetlały lampki podarowane nam przez firmę Knog… Coś niesamowitego, wręcz magicznego czaiło się w powietrzu już do końca dnia, a była to melodia klaksonów i kunsztowne arie francuskich kierowców… Pieśń ta towarzyszyła nam aż do momentu, w którym wskoczyliśmy w krzaki w miejscowości Tavaux. Ułożyliśmy się do snu na jakiś kamerdolcach za supermarketem (tym razem postanowiliśmy zaopatrzyć się w jedzenie już z samego rana:) i tak zakończył się nasz dzień…

A o poranku znaleźliśmy wreszcie, tym razem na stałe, trasę EuroVelo (która prowadzi do Budapesztu!) i rozpoczęła się przenudna, ale za to szybka jazda wzdłuż kanału. Wyglądało to jak na załączonym obrazku:

Cisnęliśmy godzinami, a naszym oczom ukazał się następujący widok:

Dalej pruliśmy jak jakieś zbiry, jednak nie zmieniało się nic a nic…

Warto jeszcze dodać, że wstąpilismy na chwilkę do McDonalds’a z zamiarem wrzucenia czegoś na naszego bloga. Wszystko szło jak po maśle, do czasu aż Staszek postanowił umyć sobie nogi w umywalce. Doprowadziło to do przykrej sytuacji- taka jedna pani, pragnąc pozbyć się zarośniętych śmierdzieli (czytaj- podróżników pachnących przygodą;), po prostu wyłączyła internet. Zasmuciło nas to okrutnie i opuściliśmy ten korporacyjny przybytek. Za karę nie wyrzuciliśmy papierków z tacki i ukradlismy cukier. Niby wspierają sport i rekreację, a tu coś takiego… Niech mają, dranie!

I w ten oto sposób rozpoczął się najnudniejszy chyba etap naszej wyprawy, który doprowadzi nas aż do Polski (czy ktoś słyszał kiedys o jakiejkolwiek przygodzie, która miała miejsce w Niemczech?;) A ponieważ nuda sprawia, że właściwie nie ma co pisać o naszych postepach, mimo iż są one imponujące, możemy wreszcie wspomnieć o innych rzeczach, o których już dawno mieliśmy ochotę poinformować naszych Wspaniałych Czytelników:) To jeszcze nie koniec, zachęcamy więc do dalszego śledzenia naszych poczynań…

%d blogerów lubi to: